Trofeo Kima 2016 - łańcuchy, głazy, upał i piękne widoki :)

Trofeo Kima 2016 przechodzi do historii, to drugi bieg z cyklu Pucharu Świata Skyrunning Extreme.
Uczestnictwo w tym biegu było dla mnie wielką niespodzianką. Nie planowałam tego w swoim kalendarzu startowym, nie uwzględniłam tego w dniach urlopowych na ten rok, ale po dobrym występie w Tromso SkyRace dostałam zaproszenie od organizatora wiec po prostu grzechem byłoby tego nie wykorzystać. W końcu to bieg z historią. Rozgrywany co dwa lata, a wiele osób marzy o tym, żeby stanąć na starcie Trofeo Kima (w biegu bierze udział ok.250 osób, zgłoszeń w tym roku było ponad 700, organizatorzy losują więc uczestników).
 
Trasa biegu to 52 km i 4200 m przewyższenia, prowadzi malowniczymi alpejskimi szlakami. Limity czasowe są bardzo małe i naprawdę podejmując wyzwanie tego biegu nie można zakładać, ze "może się uda, jakoś to będzie". Żeby go ukończyć trzeba spędzić troszkę czasu w górach i trudnym terenie. Już samo ukończenie w limicie biegu to duży sukces. W tym roku z pośród zgłoszonych na liście startowej 32 kobiet tylko 12 przybiegło do mety w limicie.
Trasa jest bardzo trudna technicznie, biega się po kamieniach, blokach skalnych, trzeba przez cały czas być bardzo czujnym gdzie się stawia stopę - 2 cm dalej położona noga może skutkować jakimś upadkiem. 
Największa "atrakcja" to łańcuchy na zejściach i podejściach. Akurat te w moim odczuciu nie były takie straszne jak o nich się mówi. Powiem szczerze, że ja generalnie mało opieram się na łańcuchach, a jeśli z nich korzystałam to dlatego, że po prostu było szybciej. Oczywiście to moje odczucie, lubię techniczne elementy, nie mam problemów z ekspozycją, ale dla kogoś innego pokonanie fragmentów gdzie są łańcuchy może stanowić największy wysiłek na tej trasie. Po Tromso Skyrace miałam podobne odczucia: cała trasa bardzo trudna, ale momenty wspinaczkowe jak dla mnie nie były czymś ponad moje możliwości, na nich sporo nadrabiałam.
W tym roku wyjątkowo mało czasu spędziłam w Tatrach , dlatego też momentami brakowało mi pewności siebie w poruszaniu się w tak technicznym terenie, ale największy problem był z wysokością. 
Trenuję głównie w naszych Beskidach na wysokości ok 1000 m n.p.m, na trasie Trofeo Kima wybiegało się z 800 m n.p.m na prawie 3 tys. Mój organizm nie jest przyzwyczajony do takich wysokości. Do tego doszła temperatura (było upalnie 30 st) oraz zmęczenie i chyba dlatego "oddechowo" momentami mnie zatykało. Musiałam czasem stanąć na kilka sekund i uregulować oddech, ale takie doświadczenie na prawdę wiele uczy.
 
Ostatecznie na metę wpadłam po 9 godz 41 min (zakładałam ok 10 godz 15 min) i zajęłam 6 miejsce. Jestem zadowolona, bo start jak i wynik to pozytywna niespodzianka. Stanie na scenie z takimi osobami jak Emelie Forsberg, Ruth Croft czy Emenuela Brizio to sam zaszczyt :).
Mój mały sukces to tak na prawdę sukces 3 osób: Przemka, Adama i mój. Gdyby nie ich pomoc nie byłoby mnie w tym miejscu. To oni ze mną wstają o 4.00 rano, później zawożą na start i sami też robią po ok.30 km żeby na punktach podać mi żele i picie, żebym nie musiała tracić czasu na uzupełnianie flaków. Praca supportów jest nie widoczna na zewnątrz, ale jest niezbędna. Takie osoby motywują, krzykną czasem "dobrze wyglądasz, ta przed tobą miała marną minę, dogonisz ją", Z reguły prawda jest odwrotna: to ja mama marną minę, a ta przede mną biegnie z lekkością, ale takie mini kłamstwa motywują tym bardziej jak się z człowieka leje i ma się w pewnym momencie wszystkiego dość.
 
Dostałam od Was pytania gdzie trudniej: Tromso Skyrace czy Trofeo Kima. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. To dwa różne biegi, po zupełnie innym terenie. wydaje mi się, że trudniejsze jest Tromso, ale ja bardziej "w kość" dostałam na Kimie ze względu na wysokość i temperaturę. Ale najważniejsze, że starczyło jeszcze sił, żeby na metę wbiec z uśmiechem ;)
 
Co jadłam: jak zawsze produkty Etixx. Tym razem oprócz izotoników we flaskach miałam też Carbo-Gy. Sprawdziło się idealnie, jest mniej słodki od izotonika. Tym razem zjadłam mało żeli bo chyba 8, ale to był błąd, wynikający z tego że po prostu nie mogłam nic jeść przez temperaturę. Optymalnie powinnam zjeść ok 12 żeli.
 
Na trasie miałam ze sobą:
Buty dobrze trzymające się na skale (biegłam w Salomon s-lab Wings sg), kurtkę przeciwwiatrowa (Salomon S-Lab JKT, rękawiczki na fragmenty z łańcuchami, telefon, bo nigdy nie wiadomo co może się stać na takiej trasie, no i oczywiście picie, jedzenie. 
 
Trasa była bardzo dobrze oznaczona, są chorągiewki, jest dobrze oznaczony szlak. Dodatkowo tam gdzie były trudne odcinki z łańcuchami stali ratownicy górscy z Soccorso Alpino więc w momencie gdy ktoś sobie nie radził to można było liczyć na pomocną dłoń ratownika górskiego :). Co ciekawe dwa lata temu na tej trasie był wypadek śmiertelny (z tego co się dowiedziałam z winy uczestnika), w tym przez cały czas trwania biegu latał jeden lub dwa śmigłowce ratownicze nad trasą biegu. Na prawdę obstawa była dobra. 
 
W tej edycji wzięły udział 3 osoby z Polski:
 Ja- czas 9 godz 41 min  
Olga Łyjak - 10 godz 41 min
Łukasz Sagan - wpadł na metę z uśmiechem ale poza limitem, ale mówił ze i tak było warto :)
 
Pełne wyniki: